brydz_w_literaturze_edigey

Nie ukrywam – po Nagłą śmierć kibica sięgnąłem głównie z powodu brydża. Od jakiegoś czasu rozwijam pojawiający się tu cykl „Literacki brydż” i w książkach, także kryminalnych, tropię wszelkie wątki związane z tą pasją. Sam tytuł powieści może w pierwszej chwili sugerować sportowe emocje rodem ze stadionu piłkarskiego, ale tutaj chodzi o inny rodzaj gorączki – tę, która towarzyszy rozgrywce brydżowej, kiedy stawką jest choćby wielki szlem.

Muszę przyznać, że lektura wciągnęła mnie bardziej, niż się spodziewałem. To klasyczny kryminał w duchu Agathy Christie – zamknięte grono podejrzanych, każdy z własnymi motywami, a nad wszystkim czuwa pułkownik milicji z czasów PRL Adam Niemiroch, przypominający trochę Herculesa Poirota. Sama konstrukcja fabuły też jest bardzo „poirotowska”: po dynamicznym wstępie akcja zwalnia i przenosi się głównie do trzech pomieszczeń, gdzie kolejne przesłuchania odsłaniają nowe tropy.

Najbardziej urzekł mnie oczywiście pierwszy rozdział – towarzyski brydż u profesora Wojciechowskiego, pełen emocji i napięcia. A emocje te są mi bardzo bliskie. Moi rodzice także grywali towarzysko w brydża i do dziś pamiętam ich radość, gdy udało się wylicytować i wygrać wielkiego szlema. Tak wielką, że zapis tej pamiętnej rozgrywki… przenieśli aż na sufit! 🙂 Dlatego z uśmiechem czytałem o atmosferze przy stole, o kibicowaniu i o konflikcie, który wybucha, gdy ktoś nie wytrzymuje i podpowiada graczowi – bo któż z brydżystów nie zna takich sytuacji?

W sobotnie popołudnie w willi profesorstwa Wojciechowskich na Ochocie odbywa się brydżowo-towarzyskie spotkanie; oprócz gospodarzy w domu przebywa jeszcze osiem osób: kardiolog Witold Jasieńczak z żoną Krystyną, adwokat Leonard Poturycki z małżonką Janiną, dawny uczeń gospodarza docent Stanisław Lechnowicz z narzeczoną aktorką Mariolą Boweri oraz dwaj naukowcy spoza Warszawy – profesor Andrzej Badowicz i przybysz z Londynu, profesor Henryk Lepato. Podczas jednej z rozgrywek nie biorący w niej udziału i kibicujący docent Stanisław Lechnowicz podpowiada jednemu z graczy, co nie podoba się pozostałym; między brydżystami dochodzi do ostrego spięcia.

I właśnie w tym napięciu – przy kartach, wśród znajomych, w pozornie bezpiecznym świecie brydżowych wieczorów – pada trup. Najpierw wygląda na zawał, ale sekcja zwłok szybko pokazuje, że to cyjanek w kieliszku koniaku odebrał docentowi życie. Mamy więc klasyczne „kto zabił?” i zamknięty krąg podejrzanych.

Całość czyta się bardzo dobrze – to lektura i dla miłośników kryminału, i dla tych, którzy choć trochę liznęli brydża. A dla mnie – kolejny piękny przykład na to, że brydż potrafi być świetnym literackim motywem.

Nagła śmierć kibica, Jerzy Edigey (Jerzy Waldemar Korycki)

Grano przy dwóch stolikach. Spotkania brydżowo-towarzyskie u państwa Wojciechowskich miały już swoją tradycję. Znany chemik, profesor Zygmunt Wojciechowski, nie był namiętnym brydżystą, ale lubił bardzo przyjmować u siebie małe grono przyjaciół. Pretekstem do takich spotkań był właśnie zielony stolik i dwie talie kart. Raz, najwyżej dwa razy w miesiącu zapraszano trzy, najwyżej cztery osoby. Zazwyczaj w sobotę, na piątą po południu.

[…]

Grano o bardzo niskie stawki. „Po gazetce”, czyli dawniej po 50 groszy punkt. Kiedy ceny gazet podskoczyły do złotówki, i u profesorostwa Wojciechowskich podniesiono stawkę. Pomimo tak niskich „bodźców materialnych” brydżowe boje były nieraz zacięte i dochodziło nawet do dość ostrej wymiany słów. Wiadomo, jak to przy brydżu. Zwłaszcza jeżeli grał przyjaciel profesora, mecenas Leonard Poturycki. Adwokat, choć dobry gracz, nigdy nie chciał się przyznać do własnych błędów. Zawsze wyszukiwał je u partnera. Pod tym względem niewiele lepszy był i doktor Witold Jasieńczak. Panie grały znacznie spokojniej i z wyrozumiałością traktowały wyskoki partnerów, przede wszystkim własnych mężów.

Wszyscy tu znali się doskonale. O każdym partnerze wiedziano, co jest jego mocną, a co słabą stroną. Gdy Elżbieta Wojciechowska licytowała bez atu, wiadomo, że ma bombę w kartach, bo przecież czuje się pewniejsza przy rozgrywaniu gry „kolorowej”. Kiedy zaś doktor Jasieńczak zgłaszał jakiś kolor i po poparciu przez partnera nagle przerzucał się na bez atu, także wszyscy wiedzieli, że odezwał się z vicerenonsu albo najwyżej z dwoma blotkami.

[…]

Przed kolacją gra toczyła się jakoś niemrawie. Zwykle tak bywa, kiedy grają ludzie, którzy zobaczyli się pierwszy raz w życiu i od razu zasiedli do kart. Ale po smacznej i dość obficie podlanej alkoholami kolacji brydż znacznie się ożywił. Zaczęły „chodzić” wysokie gry. Profesor Wojciechowski aż dwa razy licytował szlemika, co prawda bez powodzenia, ale dlatego że dwukrotnie trafił na wybitnie złośliwy rozkład. W pokoju stołowym grała piątka: doktor z Anglikiem przeciwko pani Boweri z mecenasem.

[…]

Pani Boweri rozdała karty.

Obie strony były po partii. Pani Mariola spasowała. Anglik po krótkim namyśle zgłosił kiery. Mecenas Poturycki, któremu ten kolor u przeciwników wybitnie odpowiadał, skwapliwie spasował. Doktor mając renons w kiery szybko przeniósł na piki. Pani Boweri ponownie spasowała. Teraz pan Lepato odpowiedział trzy piki. Mecenas krótko: pas. Doktor pokazał następny kolor i zgłosił cztery karo. Licytacja toczyła się teraz tylko pomiędzy Jasieńczakiem a Lepato, bo pani Boweri i mecenas Poturycki stale pasowali. Anglik na cztery karo odpowiedział pięcioma treflami. Doktor przeszedł ponownie na piki, a wtedy Lepato zgłosił szlemika w tym kolorze. Doktorowi Jasieńczakowi aż pot wystąpił na czoło. Chwilę się namyślał i wreszcie ogłosił donośnym, chociaż nieco drżącym głosem:

– Wielki szlem w piki.

– Kontra! – zgłosiła Mariola mając trzecią damę atutową i króla karo za ręką.

Jeszcze trzy kolejne: pas, pas, pas i pani Boweri położyła na stole ósemkę trefl.

W obu pomieszczeniach zapanowała cisza. Nawet ci grający w bibliotece, przy drugim stoliku, przerwali grę. Licytowanie szlema, zwłaszcza w takich „amatorskich” rozgrywkach, nieczęsto się przecież zdarza. Nie grający – Elżbieta Wojciechowska i docent Lechnowicz – znaleźli się za plecami doktora.

Pan Lepato, usiłując zachować spokój, wykładał karty na stół.

Jasieńczak namyślał się, jak zagrać. Czy przypadkiem pani Boweri nie wyszła spod króla? Wiedział, że gracze nieraz robią takie zmyłkowe pociągnięcia. A przecież od tej decyzji zależało, czy szlem wyjdzie.

– Trzeba bić asem – podpowiedział Lechnowicz.

– Wypraszam sobie – zawołał mecenas Poturycki. – Pan widział karty!

– Sam potrafię grać – zaznaczył doktor, jednakże przebił ósemkę treflową asem ze stołu.

– Ja nie gram – Poturycki demonstracyjnie rzucił karty.

– Ależ panowie! – Elżbieta Wojciechowska próbowała interweniować.

– To nie fair play – stwierdził Anglik. – Kibic musi być cichy i bezwonny.

– Zawsze bym położył asa i bez cudzych głupich uwag – bronił się Jasieńczak.

– Sam pan jest głupi. Przecież widziałem, jak pan już sięgał po waleta – roześmiał się Lechnowicz. – Tu trzeba grać zdecydowanie. Inaczej się nie wygra. Mariola kontrowała, więc należy impasować piki w tamtą stronę.

– Czytałeś powieść „Nagła śmierć kibica”? – Mariola także była już wściekła na swojego przyjaciela.

– Po impasie – docent tak się zachowywał, jak gdyby pragnął wywołać wielką awanturę – trzeba tak grać, żeby mecenas znalazł się w przymusie i zrzucił albo karo, albo kiery. Wtedy przebitkami doktor wyrobi sobie jeden z tych kolorów.

– Tego już trochę za dużo – protestował Jasieńczak.

[…]

– Panowie, dajcie spokój. O życie gracie? Doprawdy zachowujecie się jak dwunastoletni chłopcy. Co się takiego stało? Przecież widać, że szlem jest do wygrania i tak znakomity gracz, jak doktor, nie mógłby spartolić tej rozgrywki. A tobie, Stachu, bardzo się dziwię. Zawsze taki opanowany…

[…]

Psiakrew! Raz w życiu zalicytowałem wielkiego szlema i to nie mogłem go rozegrać.

[…]

Cały incydent przy brydżu nie miał większego znaczenia. Układ kart był taki, że nawet początkujący gracz dałby sobie z tym radę. Był tylko jeden sposób wygrania] gry. Bez względu na to, co powiedział Lechnowicz, musiałbym tak grać.

Fragment Nagła śmierć kibica, Jerzy Edigey, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1978.

 #brydż #brydżwliteraturze #literackibrydż #technikibrydżowe #brydżowetechniki #bridge #funofbridge #kryminał #seriazjamnikiem @jerzyedigey

 

 

 

 

Brydżowe Techniki

Seria składa się z krótkich, zwięzłych tomików, z których każdy koncentruje się na jednym, konkretnym zagadnieniu. Książki cechują się klarownym stylem, przystępnymi wyjaśnieniami oraz bogactwem przykładów analizowanych zarówno z perspektywy rozgrywającego, jak i obrońców. Seria przeznaczona jest dla średnio zaawansowanych graczy, którzy chcą w praktyczny sposób doskonalić swoje umiejętności techniczne.

Krótka historia brydża

Brydż to jedna z najpopularniejszych gier karcianych na świecie, łącząca logikę, strategię, współpracę i odrobinę psychologii.

Brydż w literaturze

Brydż od dawna fascynuje pisarzy – pojawia się w powieściach kryminalnych Agathy Christie, w prozie Iana Fleminga o Jamesie Bondzie, a także w polskiej literaturze, m.in. u Jerzego Pilcha. Dla autorów to nie tylko gra karciana, ale też metafora strategii, ryzyka i relacji międzyludzkich. W literaturze brydż bywa polem pojedynku intelektualnego, tłem intryg, a czasem kluczem do rozwiązania zagadki.