W PRL-u czwartek pachniał kryminałem. W czasach, gdy telewizja miała jeden program i jedną twarz, tego dnia tygodnia na ekranach królowała „Kobra” – Teatr Sensacji, w którym trup padał regularnie, a widzowie zasiadali przed odbiornikiem z nie mniejszym napięciem niż dziś przed finałem popularnego serialu na platformie streamingowej. Później w czwartkowe wieczory przyszły słynne seriale „Colombo” czy „Kojak”.
Pierwszego stycznia 1971 roku telewidzom zaserwowano „Brydża” Zbigniewa Kubikowskiego w reżyserii Henryka Drygalskiego. Nowy Rok zaczynał się więc od zbrodni. Kubikowski – ukrywający się czasem pod pseudonimem Jacek Joachim – należał do autorów, którzy potrafili w zwyczajnym pejzażu PRL-u znaleźć dramat, intrygę, a czasem i zbrodnię. Jego książki, publikowane choćby w popularnej serii „Z jamnikiem”, wpisywały się w nurt tzw. powieści milicyjnych, ale nie były jedynie literackim rejestrem przestępstw i przesłuchań.
W 1979 roku ukazała się w „Czytelniku” jego „Krótka podróż” – tom trzech mikropowieści: „Spokojny sobotni wieczór”, „Sprawa rodzinna” oraz „Brydż”. Tę ostatnią można uznać za zbeletryzowaną wersję scenariusza „Kobry”. To fascynujący przykład, jak tekst sceniczny zyskuje drugie życie w literaturze: w książce autor miał szansę pogłębić psychologię postaci, pozwolić im mówić nie tylko kwestiami potrzebnymi do akcji, ale także zdaniami, które odsłaniają ich wnętrze. To, co w teatrze telewizji było twardą rozgrywką, w prozie nabiera bardziej kameralnego, a momentami wręcz melancholijnego charakteru.
I właśnie w tym tkwi siła Kubikowskiego. Choć należał do grona autorów kojarzonych z milicyjnym nurtem, potrafił przekroczyć ramy gatunku. Obok typowych elementów kryminału – zamkniętego kręgu podejrzanych, mylenia tropów czy ironicznych uwag bystrego śledczego – znajdziemy u niego fragmenty świadczące o literackiej ambicji: „Wieczór był więc inny niż reszta dnia. I mój stosunek do świata był też inny”.
Akcja „Brydża” rozgrywa się w wąskim środowisku inżynierów pracujących w instytucie produkującym urządzenia przekaźnikowe, także na eksport. Pewnego wieczoru na partii brydża u docenta Adama Jabczyńskiego (w przedstawieniu zagrał go Czesław Byszewski) zbierają się szef działu kontroli i tymczasowy wicedyrektor Holak (Stanisław Michalik), szef kontroli technicznej Oleksiewicz (Ryszard Pietruski) oraz główny technolog Terlecki (Mariusz Dmochowski), który myślami jest już przy wyjeździe służbowym za granicę. Niby zwykła towarzyska rozgrywka, a jednak od początku czuć, że coś między nimi nie gra. Sam tytuł zdradza zresztą, że gospodarz – dyrektor zakładów „Elpa” – zginie, a ktoś z karcianych kompanów upozoruje jego samobójstwo.
Wiadomo: w wielkich zakładach i instytutach PRL-u kombinacje i malwersacje były codziennością, a dyrekcje często przymykały oko, byle tylko plan się zgadzał i przełożeni w Zjednoczeniu byli zadowoleni. Kubikowski uczynił z tego realia nie tylko tło, lecz także kluczowy element dramaturgii – to właśnie z zamkniętego środowiska, z jego napięć i układów, rodzi się zbrodnia.
O sztuce teatralnej na podstawie artykułu Sebastiana Chosińskiego „”Kobra” i inne zbrodnie: karty prawdy nie powiedzą, ale wiele zdradzą”.
Bridż, Jacek Joachim (Zbigniew Kubikowski)
W mieszkaniu docenta Jabczyńskiego paliły się wszystkie światła. Na stoliku w dużym pokoju stały kieliszki, leżały dwie talie kart i otwarty blok do zapisów bridżowych.
[…]
Proszę panów – zwróciłem się ku stolikowi – chcę panom wyjaśnić cel, a także wybór miejsca i formę naszego spotkania. Widzę, że jesteście, panowie, nieco zaskoczeni. Otóż nazywa się to: eksperyment karno-procesowy. Ponieważ okoliczności spotkania panów z zamordowanym docentem Jabczyńskim mogą mieć istotne znaczenie dla sprawy, postaramy się je odtworzyć, oczywiście w schematycznym zarysie.
[…]
Potem graliście w bridża – powiedziałem biorąc do ręki blok. – To ten zapis?
Ten – skinął głową Tokarski.
Dwa pierwsze robry pominiemy. Docent Jabczyński wygrywał. Zamarkujemy sobie ostatni. Kto z kim grał?
Ja z dyrektorem – rzekł Holak. – Siedziałem, jak siedzę.
W takim razie się przesiadam – i przesiadłem się z Tokarskim. – Tak było? Zdjęcie numer dwa. Która to mogła być godzina?
Błysnął flesz.
Dwudziesta druga czterdzieści – Tokarski zrozumiał właściwie wcześniejsze pomruki Grzywińskiego.
W porządku – oświadczyłem. – Odtwarzamy ostatnią rozgrywkę. Przeciwnicy po partii. Jaka była licytacja?
Pamiętam – rzekł Oleksiewicz – ja rozdawałem. Piki.
Dwa trefle – powiedział Holak.
Tokarski: Cztery piki. Czy to potrzebne?
Potrzebne – skinąłem głową – no i wygląda na to, że zrobicie tego robra.
Coś takiego powiedział właśnie docent Jabczyński – mruknął Holak.
Pan Holak wistuje, pan Tokarski wykłada karty.
Co się dzieje dalej?
Mam bombową kartę, biorę karty Oleksiewicza.
Tokarski zamarkował gest; wciągnął się jednak w przedstawienie – nawet przez chwilę żałuję, że tak gwałtownie skończyłem licytację, można się było dogadać do szlemika. Ale szkoda mi czasu, zresztą to nie była gra dla przyjemności. Makieta, dekoracja do dżentelmeńskiego porozumienia – i uśmiechnął się ironicznie, a Oleksiewicz znowu zwiesił głowę.
Co pan teraz robi? – spytałem.
Wstaję i mówię coś w tym sensie: przepraszam, to już formalność, a ja nie mogę czekać. Mam nadzieję, że brama jest otwarta.
Docent powiedział, że zamykają o jedenastej – odezwał się Holak – chyba wszyscy odruchowo spojrzeliśmy na zegarki. Była za dziesięć jedenasta.
Gospodarz odprowadził pana? – spytałem.
Przecież grali. Powiedziałem, że zatrzasnę drzwi, żeby się nie fatygował.
[…]
A kiedy za Tokarskim zamknęły się drzwi, zwróciłem się do Holaka:
Więc pan wistuje. I co dalej?
Wyszedłem asem trefl, wziąłem, potem blotką. Na stole był mariaż, ale docent przybił małym pikiem, miał singla. A ja renons w kara. Swoją drogą, układ był niesamowity. Docent wyszedł małym karem, Oleksiewicz huknął asem, ja przybiłem jedynym pikiem, jakiego miałem, i odwróciłem trefla. Docent przybił, bez jednej. I po grze. Mieliśmy trzy blotki pikowe i wszystkie wzięły.
Niesamowity układ… – powtórzył Oleksiewicz i nie bardzo było wiadomo, czy właśnie tamtą rozgrywkę miał na myśli.
Potem panowie z docentem Jabczyńskim wychodzą do przedpokoju – wstałem. – O czym rozmawiacie?
No chyba o tej grze – Oleksiewicz spojrzał niepewnie na Holaka – że chciałem pójść na szlemika, że kto mógł się spodziewać takiego układu…
[…]
Nawet ten drobiazg mnie dziwił: dlaczego pan wyszedł przed końcem rozgrywki? Rasowy bridżysta tak nie postępuje. A pan jest rasowym bridżystą. I gra pan wysoko.
Karta była pewna – powiedział nieprzytomnie.
Skąd mogłem wiedzieć, że nie zrobi…
A skąd pan wie, że nie zrobił? – spytałem. Cisza.
Mówiliście mu o tym? – zwróciłem się ku stolikowi.
Holak i Oleksiewicz zaprzeczyli ruchem głowy.
[…]
Widzi pan – powiedziałem. – Nie należy być pewnym wygranej przed końcem rozgrywki.
Fragmenty mikropowieści Bridż z książki Jacka Joachima, Krótka podróż, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1979.
Możliwy rozkład kart w opisanym rozdaniu:


