
– Nie mogę się doczekać naszego brydża – powiedziałem zmieniając wreszcie temat.
– My też – odpowiedziała. – Tak to lubimy, wie pan, że grywamy prawie każdego wieczoru.
– I to znakomicie, jak wiem. Oboje. W jaki sposób doszliście do tego?
– Praktyka – wyjaśniła. – Nic innego. Praktyka, praktyka, praktyka.
– Czy braliście państwo udział w jakichś turniejach brydżowych? – Jeszcze nie. Ale Henry marzy o tym. To ciężka praca, wie pan, osiągnąć taki poziom. Potwornie ciężka.
Wydało mi się, że usłyszałem ton rezygnacji w jej głosie. Tak, prawdopodobnie o to chodziło: mąż ją tyranizował, traktując brydża zbyt serio, i biedna dziewczyna miała tego dość.
[…]
Około pół do dziesiątej, zadowoleni z kolacji i w dobrych nastrojach, powróciliśmy do dużego salonu, żeby zasiąść do kart. Graliśmy wysoko – za sto punktów dziesięć szylingów – postanowiliśmy więc nie rozdzielać par małżeńskich i przez cały czas byłem partnerem mojej żony. Wszyscy czworo traktowaliśmy brydża poważnie – trudno inaczej! – graliśmy więc w skupionym milczeniu, wyjąwszy chwile licytacji. Nie chodziło o pieniądze. Bóg mi świadkiem, że moja żona ma dość pieniędzy i zapewne Snapesowie również. Ale wśród poważnych brydżystów przyjęło się grać wysoko.
Owego wieczoru karta szła wszystkim, ale moja żona grała, jak na nią, wyjątkowo źle i przegrywaliśmy. Widziałem wyraźnie, że nie może się skupić, a w miarę jak zbliżała się północ, zupełnie przestała uważać. Raz po raz kierowała na mnie spojrzenie swoich dużych szarych oczu, unosiła brwi, dziwnie rozdymała nozdrza, kryjąc w kącikach ust łakomy uśmieszek.
Nasi przeciwnicy grali znakomicie. Licytowali po mistrzowsku i tylko jeden raz popełnili błąd. Było to wtedy, kiedy Sally przeceniła kartę swego partnera i zalicytowała szlemika w piki. Dałem kontrę i leżeli bez trzech – bolesny cios, bo kosztowało to ich osiemset punktów. Przypadkowa omyłka, ale pamiętam, że Sally Snape wzięła to sobie do serca, mimo że małżonek od razu jej wybaczył, ucałował rączkę poprzez stół i powiedział, żeby się nie przejmowała.
Około pół do pierwszej moja żona oznajmiła, że chce się położyć.
– Może jeszcze jednego roberka? – spytał Henry Snape.
– Nie, panie Snape. Jestem dziś zmęczona. Artur też. Widzę to. Idziemy spać.
Wypędziła nas z salonu i wszyscy czworo udaliśmy się na górę. Na schodach, jak zwykle, mówiło się o śniadaniu, co można podać naszym gościom i jak mają zawołać pokojówkę.
– Mam nadzieję, że spodoba się państwu pokój – powiedziała moja żona. – Z okna rozciąga się widok na całą dolinę i słońce zagląda tam już o dziesiątej.
Gdy znaleźliśmy się przed drzwiami do naszej sypialni, zobaczyłem, że wyraźnie widać przewód założony przeze mnie po południu, biegnący wzdłuż drewnianej listwy aż do ich pokoju. Chociaż kolorem me różnił się prawie wcale od ściany, to jednak mnie rzucił się w oczy.
– Przyjemnych snów – powiedziała moja żona.
– Przyjemnych snów życzę pani. Dobranoc, panie Snape. Wszedłem z Pamelą do naszej sypialni i zamknąłem drzwi.
– Prędko! – krzyknęła. – Nastaw radio! Moja żona zawsze jest taka – boi się, że ją coś ominie, że coś straci.
Mówią, że na polowaniu – ja sam nie poluję – nie zważając ani na siebie, ani na konia doganiała psy, żeby osobiście dobić zwierzynę. Najwidoczniej i tym razem nie zamierzała przepuścić okazji. Nasze małe radio rozgrzało się akurat w porę, by chwycić odgłos otwierania i zamykania drzwi.
– No – powiedziała moja żona – już są. Stała na środku pokoju w swojej niebieskiej sukni; z założonymi rękoma i z wyciągniętą szyją nasłuchiwała uważnie. Jej duża biała twarz wydała mi się, nie wiem czemu, skurczona, niby pusty bukłak na wino. Niemal natychmiast zabrzmiał podniesiony głos Henry Snape’a.
– Przeklęta idiotko! – ton głosu był tak różny od tego, który zapamiętałem, tak ostry i nieprzyjemny, że się wzdrygnąłem. – Cały wieczór zmarnowany, niech to diabli wezmą! Osiemset punktów to jest osiem funtów do spółki!
– Coś mi się pomyliło – odpowiedział głos kobiecy. – Nigdy więcej tego nie zrobię. Obiecuję.
– A cóż to takiego?! – zdumiała się moja żona. – Co tam się dzieje? Otwarła szeroko usta, uniosła wysoko brwi szybko podeszła do radia i schyliwszy się, niemal przytknęła ucho do aparatu. Muszę przyznać, że ja również poczułem się zaintrygowany.
– Obiecuję, że to się nie powtórzy.
– Siadaj. Ja będę wywoływał, a ty odpowiadaj.
– Nie, Henry, błagam cię! Aż pięćset układów! To potrwa trzy godziny.
– Dobrze. Daruję ci ułożenie palców. Sądzę, że to umiesz. Przelecimy tylko podstawowe odżywki licytacji, wskazujące honory.
– Och, Henry! Czy to konieczne? Jestem taka i zmęczona.
– Musisz to umieć bez pudła, to bardzo ważne. Wiesz, że w przyszłym tygodniu gramy co dzień. Musimy przecież coś jeść, prawda?
– Co to wszystko znaczy? – szepnęła moja żona. – Na miłość boską, co to znaczy?
– Ciii… Słuchaj! – powiedziałem.
– Dobrze – ciągnął dalej maski głos – Zaczniemy od początku. Gotowa?
– Och, Henry, błagam! – w głosie kobiety słychać było łzy.
– Tylko nie zaczynaj, Sally. Weź się w garść. Potem zupełnie innym tonem, tym, do którego przywykliśmy w naszym salonie, Henry Snape powiedział:
– Jeden trefl. Zauważyłem, że na słowie „jeden” położył lekki nacisk, wymawiając pierwszą jego część przeciągle.
– As i dama trefl – odpowiedziała dziewczyna znużonym głosem – król, walet pik, mariasz w kierach i as, walet karo.
– A po ile kart w każdym kolorze? Uważaj, jak trzymam palce.
– Powiedziałeś, że to możemy sobie darować.
– No, ostatecznie… Jeżeli jesteś zupełnie pewna, że to naprawdę umiesz na pamięć.
– Tak, umiem. Pauza, a potem:
– Trefl.
– Król, walet trefl – recytowała dziewczyna – as pik, dama, walet kier i as, dama karo.
Znów pauza i potem:
– Powiem: jeden trefl.
– As, król trefl…
– Jak babcię kocham! Przecież to jest licytacja! – krzyknąłem. – Oni sobie pokazują, jakie mają karty!
– Artur! To niemożliwe!
– Dlaczego niemożliwe? Taki sam trik stosuje facet, który podchodzi i prosi cię, żebyś mu coś dała, a na scenie siedzi jego partnerka z zawiązanymi oczami i bezbłędnie zgaduje, co dałaś. Ze sposobu, w jaki on zadaje jej pytania, odgadnie wszystko, nawet bilet kolejowy i do jakiej stacji.
– To nie do wiary!
– Dlaczego? Tyle tylko, że nauczyć się tego wszystkiego na pamięć to bardzo ciężka praca. Słuchaj.
– Powiem: proste kiery – mówił głos męski.
– Król, dama, dziesiątka kier. As, walet pik, mariasz w karach. Dama, walet trefl…
– Ilość kart w kolorze – powiedziałem – zdradza jej przez ułożenie palców.
– W jaki sposób?
– Tego nie wiem. Słyszałaś przecież, że sam to powiedział.
– Boże drogi! Artur, czy jesteś zupełnie pewny, że oni tak to robią?
– Obawiam się, że tak.
[…]
– Artur, przecież to jest – rzekła, powoli wydmuchując całą chmurę dymu – to jest wspaniały pomysł! Czy sądzisz, że my też moglibyśmy się tego nauczyć?
Fragmenty opowiadania Moja ukochana, moja gołąbeczka… z książki Niespodzianki, Roald Dahl, Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa 1984, tłumaczyła Ariadna Demkowska-Bohdziewicz.


